środa, 9 grudnia 2015

Batushka - Litourgyia

Zgodnie założeniem blog ten ma prezentować ciemne aspekty kultury, (jak na razie tylko muzyki) toteż niektórych może dziwić dotychczasowy brak na jego łamach jednego z najbardziej reprezentatywnych gatunków mrocznej sztuki – black metalu. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że w ostatnim czasie miałem sporą przerwę od słuchania tego typu rzeczy, a jeśli już to sięgałem raczej po wszystkim dobrze znane klasyki niż coś nowego. Zmieniło się to w momencie gdy ostatnio zainteresowałem się promowanym intensywnie w podziemiu projektem o rosyjskojęzycznej nazwie Batushka. Wiadomo o nich niewiele – nie są znani członkowie grupy, nie wiadomo z jakiego są kraju, za to za dystrybucję ich płyty odpowiada polski label Witching Hour Productions. Takich „tajemniczych” grup w historii gatunku było sporo i pewnie nie zwróciłbym bym uwagi na kolejną, gdyby nie opis, z którego wynikało, że to black/doom w klimatach prawosławia. Zdziwionym śpieszę z wyjaśnieniem – nie jest to żaden odpowiednik chrześcijańskiego metalu w wydaniu wschodnim, a jedynie muzyczne nawiązanie do muzyki cerkiewnej, która w połączeniu z klimatycznym black (czy może już post-black?) metalem tworzy tajemniczą i na swój sposób oryginalną atmosferę. Sama okładka „Litourgyi” koresponduje idealnie ze wschodnim klimatem zawartym na płycie, który towarzyszy nam od pierwszego do ostatniego numeru. Album zawiera osiem jednakowo zatytułowanych kawałków, różniących się jedynie numerami. Otwierający płytę „Yekteniya 1” zaczyna się łagodnie melancholijnymi i na swój sposób patetycznymi zaśpiewami jakiegoś cerkiewnego chórzysty, żeby stopniowo przejść w rozpędzony black, pełen blastów i dość typowego dla tego gatunku wokalu. W drugim kawałku „Yekteniya 2” sprawy mają się podobnie czyli szybko, brutalnie, ale i duszno ot gęstej, przytłaczającej atmosfery. W kolejnych utworach zespół nieco zwalnia, stawiając bardziej na doom, ale atmosfera pozostaje. W tle pojawiają się recytacje w języku rosyjskim, zapewne kazania jakiegoś popa, zaśpiewy kobiece a momentami udało mi się usłyszeć nawet dźwięki wydawane przez kadzielnicę czy inne kościelne gadżety, przypominające czasy kiedy człowiek jeszcze chodził na mszę ;). I tak do samego końca, bo „Litourgiya” to płyta bardzo spójna, gdzie nie ma miejsca na zbyt wiele urozmaiceń. Jednocześnie jest to materiał na swój sposób oryginalny, wyróżniający się w jakimś stopniu w trwającym od jakiegoś czadu zalewie sceny projektami typu post-rock, post-black, drone-doom, oraz całego tego zjawiska, określanego przez niektórych mianem hipsterskiego black metalu. Nie jestem entuzjastą takich klimatów toteż nie będę się rozpisywał o świetności i ponadczasowości tej płyty. Powiem tylko, że od czasu do czasu trafiają się tam perełki, które przypadną mi do gustu, a Batushka wydaje się właśnie taką perełką, dlatego też z uwagą będę śledził dalszy rozwój grupy.
  

czwartek, 3 grudnia 2015

Nocny Kochanek - Hewi Metal


Nie od dziś wiadomo, że polska scena metalowa trzyma wysoki poziom. Na tle reszty Europy środkowej i wschodniej jesteśmy numerem jeden, a i w innych częściach metalowego świata od czasu do czasu bywa o nas głośno. Może nie dorównujemy pod tym względem USA, Wielkiej Brytanii, Niemcom czy państwom skandynawskim, ale i tak mamy parę zespołów, które na trwałe zaznaczyły swoją obecność na światowej scenie. Dlatego zawsze dziwiło mnie skąd tak mała popularność u nas zespołów, grających klasyczny heavy/power metal. O ile Polska zawsze death i black metalem stała, a zespołów w tych klimatach tak naprawdę nigdy nie brakowało, od paru lat w podziemiu rozwija się też intensywnie scena thrashmetalowa, coraz więcej też na razie mniej popularnych kapel, parających się nowoczesnym graniem spod znaku metalcore/deathcore/cośtamcore, także wykluwa się powoli scena post/doom/drone/smutekiból, o tyle zespołów grających bardziej tradycyjną odmianę metalowej sztuki wciąż u nas jak na lekarstwo. Czyżby gatunek ten nie cieszył się wśród Polaków popularnością? Kłam temu twierdzeniu zdaje się zadawać frekwencja na koncertach takich mistrzów gatunku jak Iron Maiden, Judas Priest czy Manowar, gdzie bilety często wyprzedawane są na długo przed dniem koncertu. Ciągle dużym zainteresowaniem cieszy się także rodzima legenda – zespół Turbo. Dlaczego więc nowe kapele, obracające się w tych klimatach można policzyć na palcach, jeśli nie jednej to dwóch rąk? Np. taki Crystal Viper z charyzmatyczną Martą Gabriel na wokalu, obecnie wydaje się bardziej popularny na Zachodzie niż u nas. Było parę dobrych bandów, którym udało się wydać płytę albo jakieś demo, niektóre nawet próbowano promować na szerszą skalę, jak choćby Ex Libris, ale póki co, nie przyniosło to oczekiwanego efektu.
Tym bardziej, jako fana gatunku cieszy mnie sukces jaki odnosi sprzedaż najnowszej płyty grupy Nocny Kochanek, znanej wcześniej jako Night Mistress. Poprzednia płyta tej grupy należy do kategorii wspomnianych wcześniej, które przeszły bez większego echa. Pewną popularność w internecie zdobyli sobie natomiast utworem „Minerał Fiutta” do pełnometrażowego filmu animowanego „Kapitan Bomba: Zemsta Faraona”. I chyba właśnie to zainspirowało ich do zmiany tematyki tekstów z poważnej, wzniosłej, „epickometalowej” na humorystyczną, w stylu GIT Produkcji i Braci Figo Fagot. Album "Hewi metal” rozpoczyna się zresztą utworem z gościnnym udziałem starszego z Braci, czyli Bartosza Walaszka a.k.a. Wściekłego Węża. Muzycznie jest to mieszanka różnorodna, jednak już od pierwszego utworu najbardziej słyszalna jest tu inspiracja grupą Iron Maiden, do czego zresztą zespół sam się przyznaje w wywiadach. Mamy tu mniej lub bardziej udane teksty, np. taki „Wielki wojownik” to oczywiście parodia „nadętej”, powermetalowej stylistyki; natomiast „Zaplątany” to świetna ballada miłosna, opowiadająca o niezwykle ważnym problemie dzisiejszych czasów, jakim jest golenie miejsc intymnych. Świetnie wypada utrzymany w mrocznej, doometalowej stylistyce, oparty na sabbathowskim riffie „Diabeł z Piekła”, przywołujący na myśl najlepsze dokonania Candlemass. Bardzo dobry jest też promujący płytę „Wakacyjny”, gdzie maidenowski klimat, tak jak w utworze „Karate” osiąga swoje apogeum. Wspomniany wcześniej „Minerał Fiutta” także znalazł się na tej płycie i jest to kawałek równie świetny jak reszta. Nieco słabiej wypadają kawałki „Andżeju”, „Dej mu” czy „Piątunio” ale to tylko moja subiektywna ocena, ponieważ cała płyta muzycznie trzyma wysoki poziom. Album, zamyka „Ostatni Numer”, w którym wokalista zdaję się naśladować manierę Halforda z czasów najlepszych dokonań Judas Priest. W ogóle wokal na tej płycie to sprawa kluczowa. Nie wspomniałem o tym wcześniej, ale moim zdaniem słabością polskiego heavy metalu jest często  brak dobrych wokalistów. W tym wypadku nie można jednak mówić o żadnej słabości, bo Krzysiek Sokołowki, gardłowy Kochanka, prezentuje poziom dorównujący największym tuzom tej sceny. Tak czy inaczej „Hewi Metal” to nie materiał przeznaczony dla muzycznych purystów, których „bekowe” teksty mogą razić, ani też dla tych, którzy heavy/power metalu nie słuchają „programowo”. Natomiast całą resztę zachęcam do przesłuchania albumu.