środa, 6 stycznia 2016

Okupowani (Okkupert)


Dziś po raz pierwszy postanowiłem zrecenzować coś innego niż kolejną płytę. Dlaczego serial i dlaczego akurat ten? Powody są dwa: po pierwsze od dawna żaden serial tak mi się nie spodobał, a oglądam ich naprawdę sporo. Po drugie jakoś cicho o nim u nas. Podczas gdy zalewają nas zewsząd informacje o innych serialowych hitach, typu kolejny sezon „Gry o tron”, „Fargo” etc. „Okupowani” przechodzą bez echa, nie słychać zachwytów ani hejtów na jego temat. Jako, że wczoraj obejrzałem ostatni odcinek pierwszego sezonu, postanowiłem przybliżyć wam nieco fabułę tej najdroższej póki co, norweskiej produkcji serialowej. Jej akcja opiera się na powieści znanego autora kryminałów, Jo Nesbo. Wiem co sobie pomyśleliście: śnieg, smutek, dołujący klimat, szare krajobrazy w tle i niewyjaśniona zbrodnia – wypisz wymaluj klasyczny, skandynawski kryminał. Nic z tych rzeczy. Sam jakoś do popularnej w ostatnich latach literatury, pochodzącej z Północy nie potrafię się przekonać. I nie ważne czy chodzi o same książki, czy ich adaptacje filmowe i serialowe, czy nawet o filmy i seriale stylizowane na takie vide rodzime produkcje „Jeziorak”, „Wataha” czy „Pakt”. 


„Okupowani” to raczej thriller polityczny, którego akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, w Norwegii okupowanej przez Rosję. Tło całej historii wygląda następująco: USA odkrywają ogromne pokłady gazu łupkowego na swoim terytorium, przez co ropa przestaje odgrywać pierwszorzędną rolę w ich polityce. Co za tym idzie wycofują się całkowicie z Bliskiego Wschodu i innych regionów świata, rezygnując z dotychczasowego aktywnego zaangażowania w sprawy międzynarodowe na rzecz polityki izolacjonizmu. Na Bliskim Wschodzie wybucha wojna wszystkich ze wszystkimi. Unia Europejska, największy konsument światowych zasobów ropy zostaje odcięty od ich głównego źródła. W tej sytuacji jedynym dostawcą ropy na europejski rynek pozostaje Norwegia. Ale w tym kraju do władzy dochodzi partia Zielonych, która postanawia skończyć z wydobyciem tego surowca i przestawić się na energię odnawialną. Na resztę Europy pada blady strach, bo nagle traci dostęp do podstawowego źródła energii. Dlatego też przywódcy UE dogadują się Rosją, która wysyła swoje wojska w celu zajęcia norweskich platform wydobywczych. Tym samym kraj, zdradzony przez dotychczasowych sojuszników, dostaje się pod okupacje rosyjską. Brzmi mało prawdopodobnie? Ocenę, na ile taki scenariusz jest realny pozostawiam Wam. Przypominam tylko, że jak zaczynała się rewolucja na Ukrainie, też nikt nie wierzył, że Rosjanie odważą się wkroczyć na jej terytorium. Ale nie o tym miałem pisać. 


Głównym bohaterami serialu jest wiele postaci, m.in. premier osamotnionego, opuszczonego przez sojuszników kraju, którego ciężkie położenie skłania do podejmowania coraz trudniejszych decyzji; jego ochroniarz, któremu uda się nawiązać dobre relacje z władzami okupacyjnymi, dzięki którym stanie się głównym łącznikiem między rządem a Rosjanami. Jest także niepokorny dziennikarz (tfu, jak to brzmi w dzisiejszej Polsce!), który prowadzi działalność często na granicy prawa, ujawniając niewygodne dla władz fakty, oraz jego żona, właścicielka restauracji, która staje się ulubionym miejscem Rosjan. Jest też norweski ruch oporu, który, w miarę jak Rosjanie „dokręcają śrubę”, zyskuje sobie coraz większą popularność wśród obywateli, i dokonuje coraz śmielszych akcji, godzących w narzucony przez okupanta porządek publiczny. Poza ciekawą fabułą, świetną produkcją i dobrym aktorstwem, film w interesujący sposób ukazuje jak teoretycznie mogłaby dziś wyglądać okupacja europejskiego, wysoko rozwiniętego kraju. Okupacja, podczas której ulicami nie jeżdżą czołgi, nie maszerują uzbrojone oddziały a życie codzienne przeciętnego obywatela nie zmienia się w znaczący sposób. W dzisiejszej, nękanej kolejnymi kryzysami Europie temat wydaje się tym bardziej godny uwagi. Zachęcam do obejrzenia i z niecierpliwością czekam na kolejny sezon. Serial można było obejrzeć na Ale Kino+, obecnie cały sezon jest już dostępny w sieci.
PS: Jako ciekawostkę dodam, że w kilku odcinkach wystąpił znany polski aktor Krzysztof Pieczyński.

środa, 9 grudnia 2015

Batushka - Litourgyia

Zgodnie założeniem blog ten ma prezentować ciemne aspekty kultury, (jak na razie tylko muzyki) toteż niektórych może dziwić dotychczasowy brak na jego łamach jednego z najbardziej reprezentatywnych gatunków mrocznej sztuki – black metalu. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że w ostatnim czasie miałem sporą przerwę od słuchania tego typu rzeczy, a jeśli już to sięgałem raczej po wszystkim dobrze znane klasyki niż coś nowego. Zmieniło się to w momencie gdy ostatnio zainteresowałem się promowanym intensywnie w podziemiu projektem o rosyjskojęzycznej nazwie Batushka. Wiadomo o nich niewiele – nie są znani członkowie grupy, nie wiadomo z jakiego są kraju, za to za dystrybucję ich płyty odpowiada polski label Witching Hour Productions. Takich „tajemniczych” grup w historii gatunku było sporo i pewnie nie zwróciłbym bym uwagi na kolejną, gdyby nie opis, z którego wynikało, że to black/doom w klimatach prawosławia. Zdziwionym śpieszę z wyjaśnieniem – nie jest to żaden odpowiednik chrześcijańskiego metalu w wydaniu wschodnim, a jedynie muzyczne nawiązanie do muzyki cerkiewnej, która w połączeniu z klimatycznym black (czy może już post-black?) metalem tworzy tajemniczą i na swój sposób oryginalną atmosferę. Sama okładka „Litourgyi” koresponduje idealnie ze wschodnim klimatem zawartym na płycie, który towarzyszy nam od pierwszego do ostatniego numeru. Album zawiera osiem jednakowo zatytułowanych kawałków, różniących się jedynie numerami. Otwierający płytę „Yekteniya 1” zaczyna się łagodnie melancholijnymi i na swój sposób patetycznymi zaśpiewami jakiegoś cerkiewnego chórzysty, żeby stopniowo przejść w rozpędzony black, pełen blastów i dość typowego dla tego gatunku wokalu. W drugim kawałku „Yekteniya 2” sprawy mają się podobnie czyli szybko, brutalnie, ale i duszno ot gęstej, przytłaczającej atmosfery. W kolejnych utworach zespół nieco zwalnia, stawiając bardziej na doom, ale atmosfera pozostaje. W tle pojawiają się recytacje w języku rosyjskim, zapewne kazania jakiegoś popa, zaśpiewy kobiece a momentami udało mi się usłyszeć nawet dźwięki wydawane przez kadzielnicę czy inne kościelne gadżety, przypominające czasy kiedy człowiek jeszcze chodził na mszę ;). I tak do samego końca, bo „Litourgiya” to płyta bardzo spójna, gdzie nie ma miejsca na zbyt wiele urozmaiceń. Jednocześnie jest to materiał na swój sposób oryginalny, wyróżniający się w jakimś stopniu w trwającym od jakiegoś czadu zalewie sceny projektami typu post-rock, post-black, drone-doom, oraz całego tego zjawiska, określanego przez niektórych mianem hipsterskiego black metalu. Nie jestem entuzjastą takich klimatów toteż nie będę się rozpisywał o świetności i ponadczasowości tej płyty. Powiem tylko, że od czasu do czasu trafiają się tam perełki, które przypadną mi do gustu, a Batushka wydaje się właśnie taką perełką, dlatego też z uwagą będę śledził dalszy rozwój grupy.
  

czwartek, 3 grudnia 2015

Nocny Kochanek - Hewi Metal


Nie od dziś wiadomo, że polska scena metalowa trzyma wysoki poziom. Na tle reszty Europy środkowej i wschodniej jesteśmy numerem jeden, a i w innych częściach metalowego świata od czasu do czasu bywa o nas głośno. Może nie dorównujemy pod tym względem USA, Wielkiej Brytanii, Niemcom czy państwom skandynawskim, ale i tak mamy parę zespołów, które na trwałe zaznaczyły swoją obecność na światowej scenie. Dlatego zawsze dziwiło mnie skąd tak mała popularność u nas zespołów, grających klasyczny heavy/power metal. O ile Polska zawsze death i black metalem stała, a zespołów w tych klimatach tak naprawdę nigdy nie brakowało, od paru lat w podziemiu rozwija się też intensywnie scena thrashmetalowa, coraz więcej też na razie mniej popularnych kapel, parających się nowoczesnym graniem spod znaku metalcore/deathcore/cośtamcore, także wykluwa się powoli scena post/doom/drone/smutekiból, o tyle zespołów grających bardziej tradycyjną odmianę metalowej sztuki wciąż u nas jak na lekarstwo. Czyżby gatunek ten nie cieszył się wśród Polaków popularnością? Kłam temu twierdzeniu zdaje się zadawać frekwencja na koncertach takich mistrzów gatunku jak Iron Maiden, Judas Priest czy Manowar, gdzie bilety często wyprzedawane są na długo przed dniem koncertu. Ciągle dużym zainteresowaniem cieszy się także rodzima legenda – zespół Turbo. Dlaczego więc nowe kapele, obracające się w tych klimatach można policzyć na palcach, jeśli nie jednej to dwóch rąk? Np. taki Crystal Viper z charyzmatyczną Martą Gabriel na wokalu, obecnie wydaje się bardziej popularny na Zachodzie niż u nas. Było parę dobrych bandów, którym udało się wydać płytę albo jakieś demo, niektóre nawet próbowano promować na szerszą skalę, jak choćby Ex Libris, ale póki co, nie przyniosło to oczekiwanego efektu.
Tym bardziej, jako fana gatunku cieszy mnie sukces jaki odnosi sprzedaż najnowszej płyty grupy Nocny Kochanek, znanej wcześniej jako Night Mistress. Poprzednia płyta tej grupy należy do kategorii wspomnianych wcześniej, które przeszły bez większego echa. Pewną popularność w internecie zdobyli sobie natomiast utworem „Minerał Fiutta” do pełnometrażowego filmu animowanego „Kapitan Bomba: Zemsta Faraona”. I chyba właśnie to zainspirowało ich do zmiany tematyki tekstów z poważnej, wzniosłej, „epickometalowej” na humorystyczną, w stylu GIT Produkcji i Braci Figo Fagot. Album "Hewi metal” rozpoczyna się zresztą utworem z gościnnym udziałem starszego z Braci, czyli Bartosza Walaszka a.k.a. Wściekłego Węża. Muzycznie jest to mieszanka różnorodna, jednak już od pierwszego utworu najbardziej słyszalna jest tu inspiracja grupą Iron Maiden, do czego zresztą zespół sam się przyznaje w wywiadach. Mamy tu mniej lub bardziej udane teksty, np. taki „Wielki wojownik” to oczywiście parodia „nadętej”, powermetalowej stylistyki; natomiast „Zaplątany” to świetna ballada miłosna, opowiadająca o niezwykle ważnym problemie dzisiejszych czasów, jakim jest golenie miejsc intymnych. Świetnie wypada utrzymany w mrocznej, doometalowej stylistyce, oparty na sabbathowskim riffie „Diabeł z Piekła”, przywołujący na myśl najlepsze dokonania Candlemass. Bardzo dobry jest też promujący płytę „Wakacyjny”, gdzie maidenowski klimat, tak jak w utworze „Karate” osiąga swoje apogeum. Wspomniany wcześniej „Minerał Fiutta” także znalazł się na tej płycie i jest to kawałek równie świetny jak reszta. Nieco słabiej wypadają kawałki „Andżeju”, „Dej mu” czy „Piątunio” ale to tylko moja subiektywna ocena, ponieważ cała płyta muzycznie trzyma wysoki poziom. Album, zamyka „Ostatni Numer”, w którym wokalista zdaję się naśladować manierę Halforda z czasów najlepszych dokonań Judas Priest. W ogóle wokal na tej płycie to sprawa kluczowa. Nie wspomniałem o tym wcześniej, ale moim zdaniem słabością polskiego heavy metalu jest często  brak dobrych wokalistów. W tym wypadku nie można jednak mówić o żadnej słabości, bo Krzysiek Sokołowki, gardłowy Kochanka, prezentuje poziom dorównujący największym tuzom tej sceny. Tak czy inaczej „Hewi Metal” to nie materiał przeznaczony dla muzycznych purystów, których „bekowe” teksty mogą razić, ani też dla tych, którzy heavy/power metalu nie słuchają „programowo”. Natomiast całą resztę zachęcam do przesłuchania albumu.

wtorek, 17 listopada 2015

Storm - Nordavind




Storm to jednorazowy norweski projekt muzyczny znanych wszystkim Satyra z Satyriconu i Fenriza z Darkthrone. Do blackmetalowców dołączyła jeszcze wokalistka Kari Rueslåtten i w tym składzie nagrali "Nordavind" - jak się miało potem okazać, jedyny album grupy. Ale za to jaki! Muzyka Storm to tradycyjne nordyckie pieśni ludowe w wykonaniu metalowym. Płytę otwiera ciekawe intro "Innferd" grane o ile się nie mylę na rogach, tworzących niesamowity klimat "dawnych dziejów". Potem utwór "Mellom Bakkar Og Berg", będący jednym z najlepszych kawałków na tej płycie. Czyste, wzniosłe, męskie wokale, mieszające się z delikatnymi kobiecymi dają świetny efekt. Kolejne numery utrzymane są w podobnej stylistyce czyli dość wolne i proste. Darmo tu szukać solówek, popisów czy efekciarstwa - muzyka jest surowa i prymitywna, jednak świetnie udało się ująć w niej ten specyficzny skandynawski klimat. Można odnieść wrażenie, że wokale są tu podstawą, a muzyka jedynie tłem. Oprócz wymienionego wyżej utworu na szczególną uwagę (szczególną, bo wszystkie kawałki są dobre) zasługują takie "pieśni" jak "Oppi Fjellet" ,"Villeman", czy najbardziej złożony na tej płycie "Langt Borti Lia" ze świetnymi kobiecymi partiami wokalnymi.
Całość "Nordavind" tworzy spójny koncept, słucha się całkiem przyjemnie, chociaż są też fragmenty bardziej monotonne. Z początku denerwowały mnie ciągnące się w nieskończoność, powtarzające się riffy we fragmentach bez wokalu, ale w końcu odkryłem ich urok. Teraz uważam, że płyta jest świetna i jedyna w swoim rodzaju, a żaden fan viking metalu nie powinien przejść koło niej obojętnie.

niedziela, 8 listopada 2015

Słoń - Brain Dead Familia


 Tym razem coś nietypowego, czyli płyta wykonawcy hiphopowego. Słoń to poznański raper, który w ciągu kilku ostatnich lat zyskał sobie ogromną popularność na rodzimej scenie. Wzbudza przy tym sporo kontrowersji, dzieląc słuchaczy na tych, którzy go uwielbiają oraz tych, którzy określają go mianem „rapera dla gimbazy” i zarzucają jego tekstom prostactwo i infantylizm. Ja zaliczam się do tej pierwszej grupy, z zastrzeżeniem, że oczywiście też dostrzegam tę prostotę, ale - do chuja pana! - przecież to muzyka ulicy a nie poezja śpiewana. A tak poza tym, teksty Słonia to i tak wyżyny intelektualne w porównaniu do wypocin (wymiocin?) takich gwiazd polskiego hip hopu jak Popek, Sobota czy inni dres-idole.
Nowa płyta w warstwie lirycznej nie zaskakuje: nadal jest to horrorcore, czyli teksty przesycone przemocą, okrucieństwem i estetyką gore, polany sporą dawką typowego dla tego rapera czarnego humoru. I m.in. za ten prostacki, ja sam określa autor, humor go uwielbiam. W tekstach jak zwykle pojawia się wiele nawiązań do filmu oraz literatury grozy, co dla mnie jako fana tych sztuk stanowi kolejny plus u tego wykonawcy. Na szczególną uwagę zasługują takie utwory jak otwierający płytę kawałek „Mitsukurina” z growlowanymi wokalami w wykonaniu gardłowego deathocorowego Drown My Day, energetyczny, koncertowy „Headbanger”, czy mroczny, posępny „Dwugłowy kruk”. Świetnie wypadł też numer o wdzięcznym tytule „Illuminati jak skurwesyn”, nawiązujący w humorystycznym tonie do popularnych w internecie teorii spiskowych, z których Słoń żartuje sobie w outro do tego utworu. Nie zabrakło też charakterystycznych dla rapera storytellingów w postaci kawałków „DD” oraz „Fashion Week”. W pierwszym z nich, czyli „Dzieci Dagona”, po raz kolejny nawiązuje do twórczości mistrza grozy H.P. Lovecrafta, umieszczając akcję opowiadania tym razem nad Morzem Bałtyckim. Tym, którzy wiedzą kim jest Dagon nie trzeba więcej wyjaśniać. Drugi utwór opowiada o imprezie rodzimych celebrytów, wyśmiewając jednocześnie cały ten medialny blichtr, wytworzony wokół nich. Jak można się domyślić, historia kończy się krwawo. Po raz pierwszy (o ile się nie mylę) na płycie Słonia pojawia się też zagraniczny gość w postaci amerykańskiego rapera Blaze Ya Dead Homie, nawijającego swoją zwrotkę w kawałku „Keep it Sick”. Tradycyjnie w tekstach dostało się hejterom i raperom-pseudointelektualistom („THX”, bonusowy „PSS”) i ludziom, którzy obwiniają muzykę o wszelkie zło („Negatywny rap”) [swoją drogą, każdemu fanowi metalu w naszym kraju problem ten jest dobrze znany- przyp.]; znalazły się też podziękowania dla fanów (znów „THX”).
Dużym zaskoczeniem jest za to strona muzyczna. Każdy z utworów został stworzony przez innego producenta, także muzycznie płyta jest bardzo różnorodna, a co za tym idzie ciekawa. Słychać tu zarówno mroczne, horrorcorowe podkłady jak i modne ostatnimi czasy trapowe wstawki. Dodatkowo album zawiera drugą płytę z remixami utworów, które zostały tutaj zaaranżowane w wersjach rockowo-metalowych. Np. taki „Negatywny rap” to po prostu death metal z core-owymi zwolnieniami i rapowanym wokalem. I o dziwo, brzmi to naprawdę świetnie! Dotychczas podobne rzeczy słyszałem tylko u Necro, a z polskich wykonawców jak dotąd chyba nikt nie nagrał czegoś takiego. Równie dobrze wypada w tej wersji nieco bardziej hardcorowy, wspomniany wcześniej „Illuminati jak skurwesyn”. Także ostatni numer czyli „THX” brzmi w wersji gitarowej o wiele lepiej niż oryginał.

Podsumowując: Słoń po raz kolejny nagrał naprawdę dobrą płytę, pokazując, że ma jeszcze wiele oryginalnych pomysłów i pomimo wypracowanego charakterystycznego stylu, nie zamierza zamykać się w ciasnych formach, jak zdarza się to wielu raperom. W moim osobistym odczuciu płyta jest jednak nieco gorsza od „Demonologii II”, ale z pewnością trzyma wysoki poziom. Czekam z nadzieją, że na polskiej scenie horrorcore pojawią się kolejni raperzy na podobnym poziomie. 

wtorek, 3 listopada 2015

Zaraza - No Paradise To Lose


Tym razem prezentuję moje najnowsze odkrycie, na które natrafiłem przypadkiem przeglądając kolejne youtubowe propozycje, czyli pochodzący z Montrealu projekt Zaraza. Jak dowiedziałem się z internetów, grupa ta, złożona z dwóch członków: polskiego emigranta i Kanadyjczyka o polskich korzeniach funkcjonowała w latach 1993-2006, a na swoim koncie ma dwa albumy i EPkę. Sami muzycy określają wykonywany styl jako industrial doom metal, aczkolwiek po przesłuchaniu powyższego albumu (nie wiem jak jest z ich pozostałymi wydawnictwami) stwierdzam, iż metalu jest tu niewiele. To raczej mroczny, rytmiczny industrial z elementami metalu, które przejawiają się głównie w growlowanych momentami wokalach czy przesterowanymi gitarami gdzieś w tle. Muzyka tworzona przez grupę jest dość oryginalna i trudno ją porównać z jakimkolwiek innym wykonawcą. Najwięcej podobieństwa można znaleźć tutaj do Laibacha, zwłaszcza jeśli chodzi o ciężki fabryczny beat i charakterystyczne przestrzenne brzmienia. Nie są to skojarzenia przypadkowe, ponieważ członkowie projektu sami nie ukrywają swojej inspiracji słoweńską legendą gatunku, co przejawia się choćby coverem utworu „Nova Akropola”. Nie jest to jednak bezmyślna zrzynka, bo twórczość Zarazy zdecydowanie różni się od muzyki Laibacha. Płyta zaczyna się mocnym „Possessed by Scepticism” według mnie jednym z najlepszych utworów, z wplecionymi elementami transowymi. Dalej mamy wspomnianą wcześniej laibachową „Novą Akropolę” w ciekawej, jakby spokojniejszej i bardziej podniosłej aranżacji. Po niej następuje „Mark of the Infidel” oparty na pracy ostrych, chociaż mocno przepuszczonych przez syntetyczne sito metalowych gitar. Podobnie jest w kolejnym utworze „Infliction”, gdzie dla odmiany pojawia się podwójna stopa, będąca odskocznią od industrialnych beatów. Następne dwa utwory to niewyróżniający się szczególnie „Planetary Re-Install” oraz dwa polskojęzyczne numery „Znikąd Donikąd” oraz „Przeklinając śmierć”. Drugi z nich to absolutnie najlepszy kawałek na tej płycie. Połamany rytm i złowieszcze partie klawiszy nadają niesamowitą dynamikę mrocznej atmosferze całego albumu, a utwór stanowi apogeum klimatu tutaj zawartego. Ostatnim kawałkiem jest spokojny „Heart Ov The Goat”,złożony z prostego beatu i melorecytacji, będący swego rodzaju domknięciem całości.
Cała płyta, mimo iż wydana w 2003 roku opiera się na syntezatorowym brzmieniu, kojarzącym się z przełomem lat 80/90, tworzącym atmosferę niepokoju i wyobcowania. Przestrzenne konstrukcje muzyczne i pogłos przywodzą na myśl wielkie, opuszczone hale fabryczne czy zapomniane tunele, biegnące gdzieś pod powierzchnią metropolii. Nie jest to płyta łatwa w odbiorze i zdecydowanie nie dla każdego. Tych, którzy jednak odważą się wkroczyć w te tajemnicze, zapomniane przez mainstream rejony muzycznego świata zachęcam do pobrania płyty stąd: https://archive.org/details/ZarazanoParadiseToLose gdzie została umieszczona przez samych muzyków.

sobota, 31 października 2015

King Diamond - The Graveyard


 Jako, że dziś obchodzimy tradycyjne staropolskie Halloween, pierwsza recenzja będzie dotyczyła albumu, który zarówno tytułem, okładką jak i treścią świetnie wpisuje się w ów świąteczny nastrój. „The Graveyard” to pochodzące z 1997 roku siódme solowe wydawnictwo znanego wszystkim z charakterystycznego, niepodrabialnego falsetu duńskiego Króla. Dziwię się, że wielu fanów Kinga nie docenia tej płyty, bo według mnie - nie ujmując poprzednim i późniejszym dokonaniom - to właśnie jego szczytowe osiągnięcie. I podobnie jak w przypadku wcześniejszych i późniejszych dokonań mamy tu do czynienia z koncept-albumem, w którym tekst każdego utworu jest kontynuacją poprzedniego, a całość opowiada spójną historię. Po raz kolejny również  mieści się ona w konwencji klasycznego horroru. Tym razem jest to historia szaleńca i jego ucieczki ze szpitala psychiatrycznego. Napędzany żądzą mordu i prześladującymi go głosami w jego głowie, postanawia porwać pewną dziewczynkę imieniem Lucy, a niemal cała opowieść rozgrywa się na tytułowym cmentarzu. W miarę słuchania poznajemy kolejne sczegóły z życia psychopaty, które ukształtowały jego osobowość. 
Muzycznie jest to  mroczny, melodyjny, bardziej eksponujący klimat niż  gitarowy ciężar heavy metal, tak charakterystyczny i niepowtarzalny jak sam wokal Króla Karo. Zaczyna się oczywiście od doskonale wprowadzającego w nastrój grozy intro, który to nastrój zresztą towarzyszy nam do końca tego czternastoutworowego albumu. Kawałki są dość zróżnicowane, od szybszych jak rozpoczynające płytę „Black Hill Sanitarium” czy „Waiting” po niemal balladowe „Daddy” czy oparte w całości na mrocznym klawiszowym brzmieniu „Up From The Grave”. Świetnie wypada też utwór „Heads On The Wall”, w którego zwrotce King w roli szaleńca opowiada o swoich dotychczas popełnionych morderstwach przy akompaniamencie akustycznej gitary, by w pewnym momencie przyspieszyć i przejść do klasycznego heavymetalowego galopu z wyjącymi solówkami i wszystkim tym, co fani tego klimatu lubią najbardziej. Całość wypełniona mrocznym brzmieniem i schizofreniczną otoczką szaleństwa, którą świetnie oddają nie tylko teksty ale i barwa głosu Króla, sprawia, że płyta ta od dawna znajduje się u mnie na pierwszym miejscu w jego twórczości, zarówno tej solowej jak i tej nagranej z macierzystym Mercyful Fate. Idealna do słuchania w dni takie jak dzisiejszy.