Tym
razem coś nietypowego, czyli płyta wykonawcy hiphopowego. Słoń to
poznański raper, który w ciągu kilku ostatnich lat zyskał sobie
ogromną popularność na rodzimej scenie. Wzbudza przy tym sporo
kontrowersji, dzieląc słuchaczy na tych, którzy go uwielbiają
oraz tych, którzy określają go mianem „rapera dla gimbazy” i
zarzucają jego tekstom prostactwo i infantylizm. Ja zaliczam się
do tej pierwszej grupy, z zastrzeżeniem, że oczywiście też
dostrzegam tę prostotę, ale - do chuja pana! - przecież to muzyka
ulicy a nie poezja śpiewana. A tak poza tym, teksty Słonia to i tak
wyżyny intelektualne w porównaniu do wypocin (wymiocin?) takich
gwiazd polskiego hip hopu jak Popek, Sobota czy inni dres-idole.
Nowa
płyta w warstwie lirycznej nie zaskakuje: nadal jest to horrorcore,
czyli teksty przesycone przemocą, okrucieństwem i estetyką gore,
polany sporą dawką typowego dla tego rapera czarnego humoru. I
m.in. za ten prostacki, ja sam określa autor, humor go uwielbiam. W
tekstach jak zwykle pojawia się wiele nawiązań do filmu oraz
literatury grozy, co dla mnie jako fana tych sztuk stanowi kolejny
plus u tego wykonawcy. Na szczególną uwagę zasługują takie
utwory jak otwierający płytę kawałek „Mitsukurina” z
growlowanymi wokalami w wykonaniu gardłowego deathocorowego Drown My
Day, energetyczny, koncertowy „Headbanger”, czy mroczny, posępny
„Dwugłowy kruk”. Świetnie wypadł też numer o wdzięcznym
tytule „Illuminati jak skurwesyn”, nawiązujący w humorystycznym
tonie do popularnych w internecie teorii spiskowych, z których Słoń
żartuje sobie w outro do tego utworu. Nie zabrakło też
charakterystycznych dla rapera storytellingów w postaci kawałków
„DD” oraz „Fashion Week”. W pierwszym z nich, czyli „Dzieci
Dagona”, po raz kolejny nawiązuje do twórczości mistrza grozy
H.P. Lovecrafta, umieszczając akcję opowiadania tym razem nad
Morzem Bałtyckim. Tym, którzy wiedzą kim jest Dagon nie trzeba
więcej wyjaśniać. Drugi utwór opowiada o imprezie rodzimych
celebrytów, wyśmiewając jednocześnie cały ten medialny blichtr,
wytworzony wokół nich. Jak można się domyślić, historia kończy
się krwawo. Po raz pierwszy (o ile się nie mylę) na płycie Słonia
pojawia się też zagraniczny gość w postaci amerykańskiego rapera
Blaze Ya Dead Homie, nawijającego swoją zwrotkę w kawałku „Keep
it Sick”. Tradycyjnie w tekstach dostało się hejterom i
raperom-pseudointelektualistom („THX”, bonusowy „PSS”) i
ludziom, którzy obwiniają muzykę o wszelkie zło („Negatywny
rap”) [swoją drogą, każdemu fanowi metalu w naszym kraju
problem ten jest dobrze znany- przyp.]; znalazły się też
podziękowania dla fanów (znów „THX”).
Dużym
zaskoczeniem jest za to strona muzyczna. Każdy z utworów został
stworzony przez innego producenta, także muzycznie płyta jest
bardzo różnorodna, a co za tym idzie ciekawa. Słychać tu zarówno
mroczne, horrorcorowe podkłady jak i modne ostatnimi czasy trapowe
wstawki. Dodatkowo album zawiera drugą płytę z remixami utworów,
które zostały tutaj zaaranżowane w wersjach rockowo-metalowych.
Np. taki „Negatywny rap” to po prostu death metal z core-owymi
zwolnieniami i rapowanym wokalem. I o dziwo, brzmi to naprawdę
świetnie! Dotychczas podobne rzeczy słyszałem tylko u Necro, a z
polskich wykonawców jak dotąd chyba nikt nie nagrał czegoś
takiego. Równie dobrze wypada w tej wersji nieco bardziej
hardcorowy, wspomniany wcześniej „Illuminati jak skurwesyn”.
Także ostatni numer czyli „THX” brzmi w wersji gitarowej o wiele
lepiej niż oryginał.
Podsumowując:
Słoń po raz kolejny nagrał naprawdę dobrą płytę, pokazując,
że ma jeszcze wiele oryginalnych pomysłów i pomimo wypracowanego
charakterystycznego stylu, nie zamierza zamykać się w ciasnych
formach, jak zdarza się to wielu raperom. W moim osobistym odczuciu
płyta jest jednak nieco gorsza od „Demonologii II”, ale z
pewnością trzyma wysoki poziom. Czekam z nadzieją, że na polskiej
scenie horrorcore pojawią się kolejni raperzy na podobnym poziomie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz