Storm
to jednorazowy norweski projekt muzyczny znanych wszystkim Satyra z
Satyriconu i Fenriza z Darkthrone. Do blackmetalowców dołączyła
jeszcze wokalistka Kari Rueslåtten i w tym składzie nagrali
"Nordavind" - jak się miało potem okazać, jedyny album grupy.
Ale za to jaki! Muzyka Storm to tradycyjne nordyckie pieśni ludowe w
wykonaniu metalowym. Płytę otwiera ciekawe intro "Innferd"
grane o ile się nie mylę na rogach, tworzących niesamowity klimat
"dawnych dziejów". Potem utwór "Mellom Bakkar Og
Berg", będący jednym z najlepszych kawałków na tej płycie.
Czyste, wzniosłe, męskie wokale, mieszające się z delikatnymi
kobiecymi dają świetny efekt. Kolejne numery utrzymane są w
podobnej stylistyce czyli dość wolne i proste. Darmo tu szukać
solówek, popisów czy efekciarstwa - muzyka jest surowa i
prymitywna, jednak świetnie udało się ująć w niej ten
specyficzny skandynawski klimat. Można odnieść wrażenie, że
wokale są tu podstawą, a muzyka jedynie tłem. Oprócz wymienionego
wyżej utworu na szczególną uwagę (szczególną, bo wszystkie
kawałki są dobre) zasługują takie "pieśni" jak "Oppi
Fjellet" ,"Villeman", czy najbardziej złożony na tej
płycie "Langt Borti Lia" ze świetnymi kobiecymi partiami
wokalnymi.
Całość "Nordavind" tworzy spójny koncept,
słucha się całkiem przyjemnie, chociaż są też fragmenty
bardziej monotonne. Z początku denerwowały mnie ciągnące się w
nieskończoność, powtarzające się riffy we fragmentach bez
wokalu, ale w końcu odkryłem ich urok. Teraz uważam, że płyta
jest świetna i jedyna w swoim rodzaju, a żaden fan viking metalu
nie powinien przejść koło niej obojętnie.
Tym
razem coś nietypowego, czyli płyta wykonawcy hiphopowego. Słoń to
poznański raper, który w ciągu kilku ostatnich lat zyskał sobie
ogromną popularność na rodzimej scenie. Wzbudza przy tym sporo
kontrowersji, dzieląc słuchaczy na tych, którzy go uwielbiają
oraz tych, którzy określają go mianem „rapera dla gimbazy” i
zarzucają jego tekstom prostactwo i infantylizm. Ja zaliczam się
do tej pierwszej grupy, z zastrzeżeniem, że oczywiście też
dostrzegam tę prostotę, ale - do chuja pana! - przecież to muzyka
ulicy a nie poezja śpiewana. A tak poza tym, teksty Słonia to i tak
wyżyny intelektualne w porównaniu do wypocin (wymiocin?) takich
gwiazd polskiego hip hopu jak Popek, Sobota czy inni dres-idole.
Nowa
płyta w warstwie lirycznej nie zaskakuje: nadal jest to horrorcore,
czyli teksty przesycone przemocą, okrucieństwem i estetyką gore,
polany sporą dawką typowego dla tego rapera czarnego humoru. I
m.in. za ten prostacki, ja sam określa autor, humor go uwielbiam. W
tekstach jak zwykle pojawia się wiele nawiązań do filmu oraz
literatury grozy, co dla mnie jako fana tych sztuk stanowi kolejny
plus u tego wykonawcy. Na szczególną uwagę zasługują takie
utwory jak otwierający płytę kawałek „Mitsukurina” z
growlowanymi wokalami w wykonaniu gardłowego deathocorowego Drown My
Day, energetyczny, koncertowy „Headbanger”, czy mroczny, posępny
„Dwugłowy kruk”. Świetnie wypadł też numer o wdzięcznym
tytule „Illuminati jak skurwesyn”, nawiązujący w humorystycznym
tonie do popularnych w internecie teorii spiskowych, z których Słoń
żartuje sobie w outro do tego utworu. Nie zabrakło też
charakterystycznych dla rapera storytellingów w postaci kawałków
„DD” oraz „Fashion Week”. W pierwszym z nich, czyli „Dzieci
Dagona”, po raz kolejny nawiązuje do twórczości mistrza grozy
H.P. Lovecrafta, umieszczając akcję opowiadania tym razem nad
Morzem Bałtyckim. Tym, którzy wiedzą kim jest Dagon nie trzeba
więcej wyjaśniać. Drugi utwór opowiada o imprezie rodzimych
celebrytów, wyśmiewając jednocześnie cały ten medialny blichtr,
wytworzony wokół nich. Jak można się domyślić, historia kończy
się krwawo. Po raz pierwszy (o ile się nie mylę) na płycie Słonia
pojawia się też zagraniczny gość w postaci amerykańskiego rapera
Blaze Ya Dead Homie, nawijającego swoją zwrotkę w kawałku „Keep
it Sick”. Tradycyjnie w tekstach dostało się hejterom i
raperom-pseudointelektualistom („THX”, bonusowy „PSS”) i
ludziom, którzy obwiniają muzykę o wszelkie zło („Negatywny
rap”) [swoją drogą, każdemu fanowi metalu w naszym kraju
problem ten jest dobrze znany- przyp.]; znalazły się też
podziękowania dla fanów (znów „THX”).
Dużym
zaskoczeniem jest za to strona muzyczna. Każdy z utworów został
stworzony przez innego producenta, także muzycznie płyta jest
bardzo różnorodna, a co za tym idzie ciekawa. Słychać tu zarówno
mroczne, horrorcorowe podkłady jak i modne ostatnimi czasy trapowe
wstawki. Dodatkowo album zawiera drugą płytę z remixami utworów,
które zostały tutaj zaaranżowane w wersjach rockowo-metalowych.
Np. taki „Negatywny rap” to po prostu death metal z core-owymi
zwolnieniami i rapowanym wokalem. I o dziwo, brzmi to naprawdę
świetnie! Dotychczas podobne rzeczy słyszałem tylko u Necro, a z
polskich wykonawców jak dotąd chyba nikt nie nagrał czegoś
takiego. Równie dobrze wypada w tej wersji nieco bardziej
hardcorowy, wspomniany wcześniej „Illuminati jak skurwesyn”.
Także ostatni numer czyli „THX” brzmi w wersji gitarowej o wiele
lepiej niż oryginał.
Podsumowując:
Słoń po raz kolejny nagrał naprawdę dobrą płytę, pokazując,
że ma jeszcze wiele oryginalnych pomysłów i pomimo wypracowanego
charakterystycznego stylu, nie zamierza zamykać się w ciasnych
formach, jak zdarza się to wielu raperom. W moim osobistym odczuciu
płyta jest jednak nieco gorsza od „Demonologii II”, ale z
pewnością trzyma wysoki poziom. Czekam z nadzieją, że na polskiej
scenie horrorcore pojawią się kolejni raperzy na podobnym poziomie.
Tym
razem prezentuję moje najnowsze odkrycie, na które natrafiłem
przypadkiem przeglądając kolejne youtubowe propozycje, czyli
pochodzący z Montrealu projekt Zaraza. Jak dowiedziałem się z
internetów, grupa ta, złożona z dwóch członków: polskiego
emigranta i Kanadyjczyka o polskich korzeniach funkcjonowała w
latach 1993-2006, a na swoim koncie ma dwa albumy i EPkę. Sami
muzycy określają wykonywany styl jako industrial doom metal,
aczkolwiek po przesłuchaniu powyższego albumu (nie wiem jak jest z
ich pozostałymi wydawnictwami) stwierdzam, iż metalu jest tu
niewiele. To raczej mroczny, rytmiczny industrial z elementami
metalu, które przejawiają się głównie w growlowanych momentami
wokalach czy przesterowanymi gitarami gdzieś w tle. Muzyka tworzona
przez grupę jest dość oryginalna i trudno ją porównać z
jakimkolwiek innym wykonawcą. Najwięcej podobieństwa można
znaleźć tutaj do Laibacha, zwłaszcza jeśli chodzi o ciężki
fabryczny beat i charakterystyczne przestrzenne brzmienia. Nie są to
skojarzenia przypadkowe, ponieważ członkowie projektu sami nie
ukrywają swojej inspiracji słoweńską legendą gatunku, co
przejawia się choćby coverem utworu „Nova Akropola”. Nie jest
to jednak bezmyślna zrzynka, bo twórczość Zarazy zdecydowanie
różni się od muzyki Laibacha. Płyta zaczyna się mocnym
„Possessed by Scepticism” według mnie jednym z najlepszych
utworów, z wplecionymi elementami transowymi. Dalej mamy wspomnianą
wcześniej laibachową „Novą Akropolę” w ciekawej, jakby
spokojniejszej i bardziej podniosłej aranżacji. Po niej następuje
„Mark of the Infidel” oparty na pracy ostrych, chociaż mocno
przepuszczonych przez syntetyczne sito metalowych gitar. Podobnie
jest w kolejnym utworze „Infliction”, gdzie dla odmiany pojawia
się podwójna stopa, będąca odskocznią od industrialnych beatów.
Następne dwa utwory to niewyróżniający się szczególnie
„Planetary Re-Install” oraz dwa polskojęzyczne numery „Znikąd
Donikąd” oraz „Przeklinając śmierć”. Drugi z nich to
absolutnie najlepszy kawałek na tej płycie. Połamany rytm i
złowieszcze partie klawiszy nadają niesamowitą dynamikę mrocznej
atmosferze całego albumu, a utwór stanowi apogeum klimatu tutaj
zawartego. Ostatnim kawałkiem jest spokojny „Heart Ov The
Goat”,złożony z prostego beatu i melorecytacji, będący swego
rodzaju domknięciem całości.
Cała
płyta, mimo iż wydana w 2003 roku opiera się na syntezatorowym
brzmieniu, kojarzącym się z przełomem lat 80/90, tworzącym
atmosferę niepokoju i wyobcowania. Przestrzenne konstrukcje muzyczne
i pogłos przywodzą na myśl wielkie, opuszczone hale fabryczne czy
zapomniane tunele, biegnące gdzieś pod powierzchnią metropolii.
Nie jest to płyta łatwa w odbiorze i zdecydowanie nie dla każdego.
Tych, którzy jednak odważą się wkroczyć w te tajemnicze,
zapomniane przez mainstream rejony muzycznego świata zachęcam do
pobrania płyty stąd:
https://archive.org/details/ZarazanoParadiseToLose gdzie została umieszczona przez samych muzyków.