Jako,
że dziś obchodzimy tradycyjne staropolskie Halloween, pierwsza
recenzja będzie dotyczyła albumu, który zarówno tytułem,
okładką jak i treścią świetnie wpisuje się w ów świąteczny
nastrój. „The Graveyard” to pochodzące z 1997 roku siódme solowe
wydawnictwo znanego wszystkim z charakterystycznego, niepodrabialnego
falsetu duńskiego Króla. Dziwię się, że wielu fanów Kinga nie
docenia tej płyty, bo według mnie - nie ujmując poprzednim i
późniejszym dokonaniom - to właśnie jego szczytowe
osiągnięcie. I podobnie jak w przypadku wcześniejszych i
późniejszych dokonań mamy tu do czynienia z koncept-albumem, w
którym tekst każdego utworu jest kontynuacją poprzedniego, a
całość opowiada spójną historię. Po raz kolejny również mieści się
ona w konwencji klasycznego horroru. Tym razem jest to historia
szaleńca i jego ucieczki ze szpitala psychiatrycznego. Napędzany
żądzą mordu i prześladującymi go głosami w jego głowie,
postanawia porwać pewną dziewczynkę imieniem Lucy, a niemal cała
opowieść rozgrywa się na tytułowym cmentarzu. W miarę słuchania poznajemy kolejne sczegóły z życia psychopaty, które ukształtowały jego osobowość.
Muzycznie
jest to mroczny, melodyjny, bardziej eksponujący klimat niż gitarowy ciężar heavy metal, tak charakterystyczny i niepowtarzalny jak sam
wokal Króla Karo. Zaczyna się oczywiście od doskonale
wprowadzającego w nastrój grozy intro, który to nastrój zresztą
towarzyszy nam do końca tego czternastoutworowego albumu. Kawałki
są dość zróżnicowane, od szybszych jak rozpoczynające płytę
„Black Hill Sanitarium” czy „Waiting” po niemal balladowe
„Daddy” czy oparte w całości na mrocznym klawiszowym brzmieniu
„Up From The Grave”. Świetnie wypada też utwór „Heads On
The Wall”, w którego zwrotce King w roli szaleńca opowiada o
swoich dotychczas popełnionych morderstwach przy akompaniamencie
akustycznej gitary, by w pewnym momencie przyspieszyć i przejść do
klasycznego heavymetalowego galopu z wyjącymi solówkami i wszystkim
tym, co fani tego klimatu lubią najbardziej. Całość wypełniona
mrocznym brzmieniem i schizofreniczną otoczką szaleństwa, którą
świetnie oddają nie tylko teksty ale i barwa głosu Króla,
sprawia, że płyta ta od dawna znajduje się u mnie na pierwszym
miejscu w jego twórczości, zarówno tej solowej jak i tej nagranej
z macierzystym Mercyful Fate. Idealna do słuchania w dni takie jak
dzisiejszy.
Bardzo fajno się czyta. Tylko nie Król Kier, a Król Karo! :D
OdpowiedzUsuńHahaha, ale wtopa! Już poprawiam :)
Usuń