sobota, 31 października 2015

King Diamond - The Graveyard


 Jako, że dziś obchodzimy tradycyjne staropolskie Halloween, pierwsza recenzja będzie dotyczyła albumu, który zarówno tytułem, okładką jak i treścią świetnie wpisuje się w ów świąteczny nastrój. „The Graveyard” to pochodzące z 1997 roku siódme solowe wydawnictwo znanego wszystkim z charakterystycznego, niepodrabialnego falsetu duńskiego Króla. Dziwię się, że wielu fanów Kinga nie docenia tej płyty, bo według mnie - nie ujmując poprzednim i późniejszym dokonaniom - to właśnie jego szczytowe osiągnięcie. I podobnie jak w przypadku wcześniejszych i późniejszych dokonań mamy tu do czynienia z koncept-albumem, w którym tekst każdego utworu jest kontynuacją poprzedniego, a całość opowiada spójną historię. Po raz kolejny również  mieści się ona w konwencji klasycznego horroru. Tym razem jest to historia szaleńca i jego ucieczki ze szpitala psychiatrycznego. Napędzany żądzą mordu i prześladującymi go głosami w jego głowie, postanawia porwać pewną dziewczynkę imieniem Lucy, a niemal cała opowieść rozgrywa się na tytułowym cmentarzu. W miarę słuchania poznajemy kolejne sczegóły z życia psychopaty, które ukształtowały jego osobowość. 
Muzycznie jest to  mroczny, melodyjny, bardziej eksponujący klimat niż  gitarowy ciężar heavy metal, tak charakterystyczny i niepowtarzalny jak sam wokal Króla Karo. Zaczyna się oczywiście od doskonale wprowadzającego w nastrój grozy intro, który to nastrój zresztą towarzyszy nam do końca tego czternastoutworowego albumu. Kawałki są dość zróżnicowane, od szybszych jak rozpoczynające płytę „Black Hill Sanitarium” czy „Waiting” po niemal balladowe „Daddy” czy oparte w całości na mrocznym klawiszowym brzmieniu „Up From The Grave”. Świetnie wypada też utwór „Heads On The Wall”, w którego zwrotce King w roli szaleńca opowiada o swoich dotychczas popełnionych morderstwach przy akompaniamencie akustycznej gitary, by w pewnym momencie przyspieszyć i przejść do klasycznego heavymetalowego galopu z wyjącymi solówkami i wszystkim tym, co fani tego klimatu lubią najbardziej. Całość wypełniona mrocznym brzmieniem i schizofreniczną otoczką szaleństwa, którą świetnie oddają nie tylko teksty ale i barwa głosu Króla, sprawia, że płyta ta od dawna znajduje się u mnie na pierwszym miejscu w jego twórczości, zarówno tej solowej jak i tej nagranej z macierzystym Mercyful Fate. Idealna do słuchania w dni takie jak dzisiejszy.

2 komentarze:

  1. Bardzo fajno się czyta. Tylko nie Król Kier, a Król Karo! :D

    OdpowiedzUsuń